orchidea magia piekna: 2017

poniedziałek, 13 listopada 2017

O2SKIN OXYGEN WATER - SKONCENTROWANE SERUM TLENOWE

Jeśli śledzicie mój profil na Instagramie, to już pewnie wiecie, że jakiś czas temu zostałam ambasadorką marki o2skin. Marka opracowała ciekawą technologię, która pozwala wprowadzić tlen do produkcji kosmetyków. Każdy produkt w procesie produkcji uzyskuje aż 30% tlenu. Od razu pomyślałam, że muszę przetestować kosmetyki tej marki. Wzbudziły one we mnie ogromne zainteresowanie ;)



W przesyłce otrzymałam Oxygen water - skoncentrowane serum tlenowe. Serum przyleciało do mnie w paczce, która wyglądała bardzo estetycznie. Zapakowane zostało w sposób bezpieczny, dzięki czemu nie trzeba było obawiać się o jego zniszczenie w trakcie podróży. A przyznam, że zwracam ogromną uwagę na sposób pakowania produktów, gdyż zdarzało mi się otrzymać paczki z uszkodzonymi kosmetykami.
Oprócz samego produktu, otrzymałam także magnes z motto życiowym oraz spersonalizowany zeszyt. Uwielbiam artykuły papiernicze, dlatego taki dodatkowy mini prezent mnie bardzo ucieszył. Ucieszyłam się również z faktu, że jest to zeszyt, a nie planner. Korzystam z kalendarza i innych aplikacji dostępnych w telefonie, dlatego na pewno nie wykorzystałabym możliwości takiego plannera w 100% ;)


Samo serum przyszło do mnie w eleganckim kartoniku utrzymanym w minimalistycznym, czystym stylu. Taki lubię najbardziej.



Opakowanie jest bardzo ładne i zdecydowanie w moim guście. Dodatkowo, szklana buteleczka i pipetka sprawiają, że produkt wygląda ekskluzywnie i profesjonalnie.



Pipietka nabiera odpowiednią ilość serum. Dla niektórych ta ilość może być troszkę zbyt duża, natomiast ja bardzo dbam o swoją skórę także na szyi i dekolcie, dlatego jedno pompnięcie dozuje według mnie odpowiednią ilość.

Serum posiada lekką, żelową konsystencję. Świetnie się wchłania i nie zostawia tłustego filmu, natomiast skóra czuje ulgę. Wiele osób, a szczególnie te, które posiada skórę tłustą, zapomina o stosowaniu produktów nawilżających. Tymczasem skóra tłusta także potrzebuje opieki i gdy ją nadmiernie przesuszamy zaczyna się buntować i produkować jeszcze więcej sebum. Szczególnie, gdy w okresie jesiennym używamy agresywniejszych produktów złuszczających - kwasów czy retinoidów. 

Serum wygląda następująco:

Serum w wielu przypadkach posiada dosyć tłustą i obciążającą konsystencję, tymczasem to serum tlenowe jest niezwykle lekkie, ale silnie nawilżające. Z tego względu jest to produkt, który sprawdzi się u posiadaczy także cery suchej czy mieszanej. Pozwoli utrzymać nawilżenie przez długi czas.

Odkąd posiadam je w swojej kosmetyczce, testuję je także w roli bazy pod makijaż. Lekkość tego kosmetyku sprawia, że nie obciąża skóry, a makijaż na tak nawilżonej skórze rozprowadza się niezwykle łatwo. Serum sprawdziło się również w połączeniu z podkładem mineralnym.




Testuję ten produkt od tygodnia, a już mnie ujął za serce. Oczywiście dam Wam znać jak to serum oxygen water sprawdza się u mnie dalej, ale już czuję moim wyczulonym nosem, że się bardzo polubimy ;)
Kosmetyki marki o2skin są dostępne w Drogerii Estrella.

Ciekawa jestem czy Wy już znacie tę markę - dajcie znać w komentarzach :)


środa, 8 listopada 2017

MISSHA MAGIC CUSHION - czy zadziała się magia?

Bardzo lubię wszelkiego rodzaju kremy bb. Najczęściej są lżejsze, niż podkłady, a mimo to świetnie kryją i wyrównują koloryt skóry. Brakowało mi w moich zasobach jakiegoś produktu, który z łatwością mogłabym schować w torebce i dokonać nim szybkich i łatwych poprawek w ciągu dnia. W Kontigo znalazłam taki oto cushion - Missha M magic cushion.



Miałam już styczność z kremami bb tej marki. Szczególnie do gustu przypadł mi krem perfect cover. Ze względu na fakt, że lubię tę markę, postanowiłam przetestować coś nowego :)

Cushion ten przyciągnął moją uwagę opakowaniem - idealne do torebki, a dodatkowo bardzo estetyczne i proste. Takie minimalistyczne szaty graficzne bardzo mi się podobają. 

Kosmetyk aplikujemy na twarz za pomocą dołączonej gąbeczki (dla niektórych może to być mało higieniczne, ale ja swoją gąbeczkę wyprałam ręcznie i nic jej się nie stało). Właściwy sposób aplikacji to dokładne przykładanie gąbeczki miejsce po miejscu (tak, jak byśmy chcieli wtłoczyć produkt w skórę). Na początku może to się wydawać dosyć dziwne, ale naprawdę jest to niezwykle łatwe. Dodatkowo, ten sposób umożliwia wykonanie poprawek bez ubrudzenia sobie rąk ;)

Druga cecha, ważniejsza oczywiście od opakowania, to kolor. Posiadam odcień o numerze 21. Jest to przyjemny, jasny, wpadający w neutralne tony kolor. Poniżej możecie zobaczyć jak prezentuje się na mojej dłoni (zdjęcie zrobione w świetle dziennym). Minusem jest mniejsza gama kolorystyczna, niż wersji perfect cover.



Magic cushion posiada właściwości rozświetlające i nawilżające, a przy tym bardzo ładnie kryje. Jeśli jesteście fankami matu to zdecydowanie polecam Wam sięgnąć po perfect cover. Natomiast ja, mimo posiadania cery tłustej, uwielbiam także lżejsze kremy bb. Ich właściwości doceniam szczególnie, gdy moja skóra jest podrażniona i przesuszona (np. podczas kuracji kwasami). Mam wtedy takie 2 w 1 - nie muszę dodatkowo sięgać po korektor w celu przykrycia przebijających podrażnień i zaczerwienień.



Tego typu produkty, czyli cushiony maja jedną cechę - kończą się szybciej, niż kremy bb w standardowych opakowaniach. Ale... producent do opakowania dołączył także zamienny wkład - dzięki czemu produkt starczy na dłużej, niż nam się wydaje ;)
Cushion w wersji z wymiennym wkładem kosztuje ok. 70 zł - jest to cena droższego podkładu z drogeryjnej półki.

Zapewne zapytacie mnie - komu poleciłabym ten cushion?
Szczególnie osobom, które mają skórę suchą, normalną lub mieszaną. Tłusta wymaga więcej uwagi i lepszego zagruntowania, przy czym skóra po jego użyciu na bank się szybciej wyświeci. Produkt posiada fajne krycie i daje efekt rozświetlenia, dzięki czemu skóra wygląda zdrowo i promiennie. Troszkę magii jednak tutaj się znalazło ;)

A Wy, macie w swoich zasobach kosmetycznych kremy bb? Jeśli tak, to napiszcie w komentarzach, które polecacie ;)



niedziela, 22 października 2017

MAYBELLINE INSTANT ANTI-AGE - HIT CZY KIT?

Korektor ten na rynku jest już od bardzo dawna - niestety w Polsce w sklepach pojawił się niedawno. Nie miałam wcześniej okazji go przetestować, dlatego stwierdziłam, że muszę go wreszcie wypróbować. 


I dorwałam go na promocji -49% w Rossmannie. Na promocji kupiłam tylko dwa kosmetyki, co zapewne Was zdziwi - ale nie o tym mowa, już wracam do wątku głównego ;)
Muszę przyznać, że w świecie blogerskim i youtubowym ten korektor robi furorę i mało jest negatywnych opinii na jego temat.
Często pytacie mnie o to, które kosmetyki z półki drogeryjnej mogę Wam polecić. Stąd zachęcona opiniami innych i Waszym zainteresowaniem, nie omieszkałam złapać przedostatniej sztuki w mało uczęszczanym Rossmannie. Dorwałam odcień light.
Od razu powiem Wam, że największym minusem tego produktu jest jego cena - w cenie regularnej kosztuje ok 47 zł, więc nie jest to mało. Natomiast sytuację "ratuje" jego pojemność, która wynosi 6,8 ml, przez co stosunek ceny do pojemności jest znacznie przyjemniejszy ;)

Opakowanie jest dosyć specyficzne, gdyż zawartość aplikuje się na skórę za pomocą gąbki. A aby ją wydobyć, należy przekręcić górną część. Aplikator jest stosunkowo wygodny i fajnie rozprowadza produkt, ale i tak wymaga on dokładniejszego rozprowadzenia na skórze. W tym celu świetnie się sprawdza każde narzędzie - pędzel, gąbka i palce. Takie rozwiązanie jest ciekawe, ale znacznie utrudnia utrzymanie higieny kosmetyku. Wiele osób radzi sobie w ten sposób, że pozbywa się gąbkowej nakładki i aplikuje korektor najpierw na dłoń.

A teraz czas na moją opinię na jego temat. Poniżej możecie zobaczyć dwa zdjęcia - przed i po nałożeniu korektora.



Nie mam tu grama makijażu, poza nałożonym korektorem (na 2 zdjęciu). Starałam się jak najlepiej pokazać jego możliwości. Wiem, że nie mam masakrycznych cieni i zmarszczek wokół oczu, natomiast moja skóra z natury w tych miejscach bywa ciemniejsza lub lekko sinawa. Na drugim zdjęciu widzicie korektor leciutko przypudrowany pudrem setting powder Laura Mercier (translucent). 
Odkąd kupiłam ten produkt, używałam go praktycznie codziennie po to, aby wyrobić sobie na jego temat opinię. I wiecie co? Nie dziwię się, że robi taką furorę w internecie! Zobaczcie jak fajnie poradził sobie z z zasinieniami i ciemniejszą skórą. Dodatkowo rozjaśnił ją i rozświetlił. Odcień light, który testowałam, ma żółte tony, dzięki czemu jest bardzo uniwersalny. Jednak większość Polek posiada żółte podtony, więc różowe lub pomarańczowe kosmetyki potrafią dać efekt świnki piggy.
Korektor ten można też nakładać na strefę T w celu jej rozjaśnienia. W tym przypadku także radzi sobie wyśmienicie.
Niewątpliwym plusem jest też jego trwałość i znikome wchodzenie w zmarszczki, co zapewne ucieszy wiele osób. Oczywiście, gdy zależy Wam na trwałości, polecam utrwalenie go za pomocą pudru. Współpracuje także z innymi pudrami, niż ten od Laury Mercier.

Czy będę go polecać? Oczywiście, że tak. W przypadku tego produktu, dla mnie minusy, o których Wam napisałam, są kompletnie nieistotne. Zawartość rekompensuje je w 100%, więc przymykam na nie oko ;)

Ciekawa jestem czy Wy już testowaliście ten korektor lub czy go macie w swojej kosmetyczce. Dajcie znać w komentarzach jak się sprawdza u Was ;)

wtorek, 17 października 2017

MAKIJAŻ NA HALLOWEEN

W makijażu halloweenowym wszystkie chwyty dozwolone! Zainspirowałam się facechartem od Milk1422 (nazwa profilu na instagramie) ;)


Lista kosmetyków:
Podkład - bb cream brightening balm od Dr.G Polska
Korektor age instant rewind (także w roli bazy pod cienie) od Maybelline New York Polska
Sticki do konturowania 23 i 53 od Golden Rose Polska
Puder setting powder translucent od Laura Mercier Laura Mercier Cosmetics Douglas Polska
Pomada do brwi od Wibo Kosmetyki
Zestaw bronzerów od KOBO Professional Daniel Sobieśniewski
Zestaw rozświetlaczy od KOBO Professional Daniel Sobieśniewski
Pigment 118, cielisty cień, ozdoba brokatowa do ciała i cienie z serii what a spice od Inglot
Czerwony cień z palety rodeo belle od ZOEVA
Czarny cień z palety Naked2 od Urban Decay Cosmetics SEPHORA
Eyeliner w pisaku od Eveline Cosmetics
Eyeliner w żelu od Maybelline New York Polska
Kępki rzęs koreańskie
Klej do rzęs Ardell Beauty
Rzesy 141 exxagereate Eylure
Pomadka w płynie 09 Golden Rose Polska

wtorek, 3 października 2017

NOWOŚCI MINERALNE W MOJEJ KOSMETYCZCE - DUO DO POLICZKÓW, BAZA POD CIENIE, DUO DO BRWI, UTRWALACZ MAKIJAŻU, POMADKA LILY LOLO

Kosmetyki mineralne wielu osobom kojarzą się wyłącznie z nudą, brakiem nowości, trudnością aplikacji i nieciekawymi opakowaniami. Tymczasem świat kosmetyków mineralnych jest ogromny i powstaje wiele świetnych produktów, które są ciekawe, świetnie się rozprowadzają, dają cudowne efekty, pozytywnie wpływają na skórę i mają przepiękne opakowania. Marka Lily lolo nie przestaje mnie zaskakiwać!


Jakiś czas temu otrzymałam do przetestowania kosmetyki, które szczególnie mnie zaciekawiły. Oto cudeńka, które pojawiły się w moich zasobach (i już mogę Wam zdradzić, że dołączyły do mojej jesiennej kosmetyczki).


Lily lolo makeup mist
Mgiełka o naturalnym składzie, która działa pielęgnująco, przedłuża trwałość makijażu mineralnego i zbiera efekt pudrowości. Wiele firm wprowadziło do swojej oferty tego typu utrwalacze i fixery. Niestety jest szerokie grono osób, które nie mogą codziennie sięgać po produkty wypełnione alkoholem i innymi niezbyt przyjemnymi substancjami zawartymi w takich preparatach. Mgiełka Lily lolo to idealne rozwiązanie dla takich osób. Dodatkowo, jeśli macie problemy z przesuszaniem się skóry przy użyciu minerałów, to polecam ją Wam serdecznie. Sprawi, że Wasz makijaż będzie wyglądał świeżo i promiennie przez cały dzień.


Lily lolo cheek duo Coralista
Gdy zobaczyłam ten zestaw na żywo, po otwarciu paczki, oczy wyleciały mi z orbit! Róż to piękny odcień koralu, który jest idealnie wyważony - nie za różowy i nie za pomarańczowy. Na policzkach wygląda przepięknie. Ożywia i dodaje zdrowych rumieńców. Będzie idealnie współgrał z osobami o różnych typach kolorystycznych, ale osoby o ciepłych tonacjach polubią go najbardziej.
Rozświetlacz zaskoczył mnie jeszcze bardziej, niż róż. Zdetronizował nawet mój ukochany rozświetlacz z My secret (princess dream)! Jest delikatniejszy, mocniej zmielony i nie posiada żadnych drobinek, ale uwierzcie mi - ma moc. Można nim uzyskać efekt od delikatnego rozświetlenia aż do mocnej tafli. Wiem, że zabrzmi to śmiesznie, ale jest ciepło-chłodny. Posiada bardzo uniwersalny odcień i wiele osób go pokocha - tak jak ja :)



Lily lolo eye primer
Przyznam, że tego produktu obawiałam się najbardziej. Moje powieki są ekstremalnie tłuste i wiele produktów nie daje rady i kompletnie nie przedłuża trwałości makijażu oczu. Nie jest to produkt, który utrzyma makijaż w nienaruszonym stanie tak, jak kosmetyki charakteryzatorskie, ale zakoczył mnie. Na moich ekstremalnie tłustych powiekach bez konieczności poprawki wytrzymuje około 6 godzin. Gdy odpowiednio przygotuję powiekę (oto mój sposób - klik) to trzyma się pięknie cały dzień i nie wymaga żadnych poprawek.
Testowałam tę bazę z cieniami z palety Lily lolo Pedal to the metal oraz cieniami innych marek - z wszystkimi świetnie współpracuje.
Bardzo spodobało mi się podzielenie bazy na dwie części i stworzenie dwóch różnych opcji kolorystycznych. Obie świetnie się sprawdzają do wyrównywania kolorytu powieki, ale wersja żółta przypadnie do gustu osobom posiadającym problemy z zasinieniami wokół oczu. Żółty pigment świetnie ten kolor wyrównuje. Dzięki temu w jednym kosmetyku mamy zamknięty produkt o bardzo uniwersalnym działaniu.


Lily lolo eyebrow duo Medium
Duo do brwi jest świetnym rozwiązaniem dla wielu osób. Produkt ten polubią osoby, które potrzebują dorysować kilka włosków i wypełnić brwi, ale też osoby o dużych brakach. Pigmentacja cienia jest fenomenalna, a wosk świetnie utrwala i układa włoski. Zapewne już wiecie, że moje brwi nie należą do najbujniejszych i muszę je poprawiać przez ich dorysowywanie od nowa - codziennie. Stąd posiadam duże doświadczenie w wyszukiwaniu fajnych produktów do brwi. Ten sprawdza się świetnie, ale jego odcień mógłby być chłodniejszy. U mnie jest delikatnie za jasny, natomiast dla osób o chłodnej urodzie, może być zbyt ciepły - wtedy lepiej sięgnąć po ciemniejszy odcień i wyczesać nadmiar produktu.


Lily lolo lipstick Scarlet red
Ten odcień czerwieni zdobył moje serce od samego początku. Posiadam już pomadkę nude, w odcieniu nude allure i sprawdza się u mnie genialnie. Z tego względu postanowiłam przetestować jakieś konkretniejszy kolor i oczywiście musiałam wybrać tę pomadkę. To odcień malinowej czerwieni. Ciepłej, intensywnej, ale nie rażącej.
Formuła pomadki jest taka sama, jak w przypadku odcienia nude allure - na początku jest bardziej błyszcząca, z czasem staje się satynowa. Jak na naturalną pomadkę, bez właściwości zastygających, trzyma się świetnie.
Jest fantastyczna. Potrafi odmienić każdy, nawet najprostszy makijaż i sprawia, że staje się on niepowtarzalny.



A Wy, lubicie kosmetyki mineralne? Które z nich szczególnie przykuły Waszą uwagę? ;)

niedziela, 24 września 2017

POMADKI IDEALNE NA JESIEŃ - MAC, LILY LOLO, NYX

Oficjalnie rozpoczęła się jesień. A wraz z nią przyszedł czas na ciemniejsze makijaże. Bardzo często wtedy sięgamy po zgaszone odcienie nude, różu, intensywniejsze fiolety czy ciemne czerwienie. Dziś pokażę Wam moje ulubione kolory pomadek, które idealnie sprawdzą się jesienią.


Wybrałam szminki o różnym wykończeniu po to, aby każda z Was znalazła coś dla siebie ;)


Nyx soft matte lip cream w odcieniu Abu Dhabi
To pomadka o matowo-satynowym wykończeniu. Ma ciekawą konsystencję musu. Nie zastyga na amen i nie jest trwała. Natomiast polubią ją osoby, które mają problem z przesuszającymi się ustami. Nie wysusza. Bardzo łatwo się ją aplikuje. W ciągu dnia się zjada, ale równomiernie. Dodatkowo, bez problemu można dołożyć ją w startych miejscach. Kolor, który posiadam, Abu Dhabi, to ciepły odcień nude, nadający się na każdą okazję i w każdej sytuacji.

Lily lolo naturalna szminka w odcieniu Nude allure
To mój nr 1 ostatnich miesięcy. W końcu odnalazłam naturalną pomadkę w idealnym, ciepłym odcieniu nude. Jest troszkę ciemniejsza, niż Nyx Abu Dhabi. 
Tak, jak już napisałam w jednym z ostatnich wpisów, to szminka o ciekawym wykończeniu - na początku daje lekko błyszczący efekt, potem staje się bardziej satynowa. Według mnie jest trwalsza, niż pomadka z Nyx. Nie wysusza ust, a wręcz działa pielęgnująco. Kolor świetny na każdą okazję.

Lily lolo naturalna szminka w odcieniu Scarlet red
Ma takie same właściwości jak pomadka opisana wyżej. To odcień czerwieni, ale nie oczywistej, bo malinowej. Podczas nakładania, jak to z intensywniejszymi kolorami bywa, trzeba zwrócić uwagę na równomierne rozprowadzenie produktu. Mimo to, aplikuje się ją niezwykle przyjemnie. Z łatwością sunie po ustach, co nie zawsze bywa takie proste w przypadku innych pomadek (o czym przekonacie się w dalszej części wpisu). Jej kolor polubią szczególnie osoby szukające nieoczywistych, ciekawych kolorów, które potrafią odmienić cały makijaż w ciągu sekundy.

Mac lipstick retro matte w odcieniu Ruby woo
To pomadka w ciepłym odcieniu czerwieni (na chciej-liście mam jeszcze Russian red, która jest chłodniejsza). Wykończenie retro matte to wykończenie, które jest w 100% matowe. Szminki o tym wykończeniu ciężko się aplikuje. Są suche i tępe, więc mogą przysporzyć problemów osobom, które nie mają wprawy w nakładaniu tego typu produktów. Potrafi mocno usta przesuszać, więc nie nadaje się dla osób z problemem z natury suchych ust.
Jej trwałość natomiast wynagradza ciężkie nakładanie. To jedna z najtrwalszych pomadek, jakie mam w moich zasobach. Jest opcją idealną na większe wyjścia.

Mac lipstick lustre w odcieniu Plumful
To różowo-śliwkowy kolor, bardzo unikatowy. Formuła lustre daje taki błyszczykowaty efekt. Po starciu się błyszczącej warstwy, zostaje smuga koloru o wykończeniu satynowym. Jest bardzo przyjemna w aplikacji i nie wysusza ust. Jest zdecydowanie mniej trwała, niż Ruby woo, ale od takiej formuły nie można oczekiwać przesadnej trwałości. To świetny, uniwersalny kolor, który bardzo trudno podrobić - nie znalazłam jej idealnego zamiennika.

Mac lipstick matte w odcieniu Heroine
Wykończenie tej pomadki to matte, które jest trochę mniej suche, niż w przypadku retro matte. Również nieco łatwiej się ją aplikuje. Jest troszkę mniej trwała, niż Ruby woo, lecz różnica jest subtelna.
Oczadziałam na punkcie tego koloru. To najbardziej odjechana propozycja w tym zestawieniu. To intensywny fiolet, który jest niezwykle zobowiązujący, ale wygląda świetnie, gdy nie traktujemy go tak zupełnie serio ;)


To są moje ulubione pomadki, które mam i będę mieć w swojej torebce codziennie.
Zmiana koloru pomadki to zmiana całego makijażu. Dzięki nim z łatwością możemy przemienić makijaż dzienny w wieczorowy - dlatego tak bardzo doceniam ich moc. A potrafią zdziałać cuda ;)

wtorek, 19 września 2017

MIGAWKI OSTATNIEGO MIESIĄCA


1. Strobe cream, czyli kremo-baza z Mac (cudo!). 2. Fuks - nowy członek rodziny (czyż nie jest słodki?) 3. Moje jakże już jesienne paznokcie - Semilac 083 burgundy wine. 4. Odjechany makijaż z live'a na Instagramie (wpadajcie na moje insta: orchideamagiapiekna!).


1. Setting powder marki Laura mercier (cudo! Na kanale yt jest test i porównanie z pudrem anti0shine marki Kryolan). 2. Blue day, czyli niebieski górą. 3. Ukochane trampki. 4. Cudowny deser w warszawskim Omami - matcha pudding (pycha! Polecam szczególnie, gdy lubicie zieloną herbatę i wolicie niezbyt słodkie desery).

piątek, 15 września 2017

MAKIJAŻ MINERALNY - SMOKY EYES NA KAŻDĄ OKAZJĘ

Ostatnio pokazywałam Wam sporo produktów mineralnych. Postanowiłam więc pokazać Wam jak bardzo uniwersalne są te kosmetyki. Sprawdzają się świetnie do wykonywania makijaży dziennych, jak i wieczorowych. Tym razem mam dla Was propozycję makijażu idealnego na każdą okazję. Tego typu makijaż nosić cały dzień - bez obaw, że szef Was wyrzuci z pracy ;)



Takie delikatne smoky to świetna propozycja dla każdej z nas. Dzięki zastosowaniu neutralnych kolorów cieni, nie musimy obawiać się o przerysowany efekt.
Cały makijaż (oprócz brwi, które podkreśliłam - przepraszam, narysowałam - pomadą z Wibo) został wykonany kosmetykami marki Lily lolo. 
Do wykonania tego makijażu użyłam podkładu w odcieniu warm peach, pudru flawless matte (także w roli bazy pod podkład), korektora w kolorze barely beige oraz bronzera honolulu (na temat którego robiłam osobny wpis na blogu, na który Was zapraszam). Zamiast rozświetlacza nałożyłam na kości jarzmowe cień gold medal z paletki cieni pedal to the metal



Makijaż oka jest niezwykle prosty. Wykonałam go za pomocą palety cieni pedal to the metal.
Jak go zatem wykonać? Już Wam mówię :)

Na całą powiekę, aż pod łuk brwiowy nałożyłam beżowy cień hook up. Oko wykonturowałam jasno-brązowym cieniem pole position (jest niezwykle podobny do cienia tease z palety Naked 2 marki Urban decay, który uwielbiam używać do budowania podstawy prawie każdego makijażu - bardzo cieszę się, że mam wreszcie naturalny zamiennik cienia z UD!) lekko wykraczając ponad załamanie powieki - to świetnie powiększa oko, szczególnie gdy mamy opadającą powiekę. Następnie tym samym cieniem pokryłam ruchomą powiekę oraz nałożyłam go na dolnej powiece. 
Aby nadać makijażowi głębi, zewnętrzny kącik podkreśliłam ciemno-brązowym cieniem pole position. Górną linię rzęs i zewnętrzny kącik przyciemniłam czarnym cieniem black zinc.

Nie chciałam makijażu oczu utrzymywać w samych matach, dlatego postanowiłam przemycić troszkę blasku i od środka powieki do wewnętrznego kącika zaaplikowałam błyszczący stalowo-brązowy cień fulled oraz na sam środek powieki srebrny silver bullet.
Rzęs nie malowałam, gdyż miałam doczepione rzęsy (metoda 2-3D).



Do takiego makijażu twarzy i oczu pasuje tak naprawdę każdy kolor pomadki, ale ja najczęściej sięgam po nudziaki. Nie bez powodu robią taką furorę - pasuję zawsze i wszędzie. 
Na usta zaaplikowałam pomadkę w ciepłym odcieniu nude o nazwie nude allure. To piękny kolor, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia :)
To pomadka o ciekawym wykończeniu - na początku daje lekko błyszczący efekt, potem staje się bardziej satynowa. Zaskoczyła mnie trwałością oraz brakiem wysuszania ust, co często zdarza mi się nawet gdy używam teoretycznie nawilżające pomadki. 

Bardzo cieszę się, że istnieją produkty, dzięki którym można połączyć miłość do makijażu z jednoczesnym działaniem pielęgnacyjnym! Nie wyobrażam sobie bez nich mojego codziennego makijażu :)



sobota, 19 sierpnia 2017

MATOWE POMADKI W PŁYNIE GOLDEN ROSE - CZ. I

Pomadki marki Golden Rose robią furorę. Nic dziwnego! Longstay liquid matte lipstick to także jedne z moich ulubionych pomadek, na których punkcie dosłownie oszalałam. I... ciągle kupuję nowe kolory! 




Matowe wykończenie szminek totalnie zawładnęło moim sercem. Błyszczyki zdecydowanie poszły w odstawkę. Matowe pomadki Golden Rose lubię za to, że są świetnie napigmentowane, trwałe i przystępne cenowo (na promocji można je kupić nawet za 15 zł). 
Plusem opakowania jest bardzo precyzyjny aplikator, dzięki któremu można idealnie wyrysować usta, bez konieczności sięgania po dodatkowe narzędzia.
To jedne z tych matowych szminek, które nie dają nadmiernego uczucia ściągnięcia i nie wysuszają ust na wiór. 




W tym wpisie pokażę Wam pierwszą część pomadek z tej serii, które posiadam. 




Longstay liquid matte lipstick 10
Jeden z moich faworytów. To odcień szarości z fioletowymi podtonami. Jest wręcz trupi. Wiele osób go nie lubi, ale zgrany z żywszym makijażem oczu potrafi zrobić furorę

Longstay liquid matte lipstick 13
Ciepły, jasny nudziak. Bardzo uniwersalny

Longstay liquid matte lipstick 17
Ciepły nudziak, dużo ciemniejszy, niż 13. Ma o wiele więcej brzoskwiniowych tonów

Longstay liquid matte lipstick 03
Chłodny, zgaszony róż, ale nietypowy, bo posiadający jagodowe tony. Świetny, unikalny kolor, który robi furorę na weselach i ślubach (wiele osób kupiło tę pomadkę po jej przetestowaniu)



Longstay liquid matte lipstick 05 
Ciemny, głęboki odcień różu, z dodatkiem śliwki. Ten kolor posiada lekkie drobinki, które nie rzucają się w oczy

Longstay liquid matte lipstick 12
Ciepły, ciemny brąz. Z dodatkiem rudości. Posiada widoczne, złote drobinki

Longstay liquid matte lipstick 18 
Klasyczna czerwień, z lekką przewagą ciepłych tonów. Bardzo uniwersalny kolor



Zgodnie z tym, co napisałam wyżej, nie są to jedyne moje pomadki z tej serii. Na pewno wrócę do Was z kolejnym wpisem, w którym pokażę Wam resztę moich perełek :)

A Wy, lubicie te pomadki? Dajcie znać w komentarzach które kolory są Waszymi ulubionymi :)

niedziela, 30 lipca 2017

NATURALNY BRONZER? WRESZCIE ZNALAZŁAM MÓJ IDEAŁ!

Już myślałam, że nigdy nie znajdę w 100% naturalnego bronzera w formie prasowanej. Do tej pory miałam styczność jedynie z sypkimi mineralnymi bronzerami i bardzo je lubiłam i lubię, ale wiadomo - wersja sypka jest troszkę trudniejsza w obsłudze. Z tego względu mój wpis szczególnie zainteresuje osoby, które nie czują się komfortowo w nakładaniu bronzerów sypkich - a wiem, że jest Was wiele. Mam dla Was propozycję kosmetyku, który od pierwszego wejrzenia zawładnął moim sercem i nie rozczarował mnie w żadnym względzie!



Zapewne zdjęcie już zdradziło Wam moją miłość - to prasowany bronzer mineralny marki Lily lolo w odcieniu Honolulu. Dzięki firmie Costasy w moje ręce trafiła paczka z kosmetykami tej marki. Produkty wywarły na mnie tak pozytywne wrażenie, że postanowiłam poświęcić im kilka osobnych wpisów - bo zasługują na ogromną uwagę. Dziś będzie ona w 100% poświęcona bronzerowi.



Honolulu to bronzer w 100% naturalny. W składzie znajdziemy szereg dobroczynnych substancji takich, jak olej arganowy, olej z pestek granatu, olej rycynowy, olej słonecznikowy, olej manuka.
Tutaj możecie zobaczyć pełny skład:
MICA, OCTYLDODECANOL, ARGANIA SPINOSA (ARGAN) KERNEL OIL, PUNICA GRANATUM (POMEGRANATE) SEED OIL, CANDELILLA CERA, TOCOPHEROL, RICINUS COMMUNIS (CASTOR) SEED OIL, POLYGLYCERYL-2 ISOSTEARATE/DIMER DILINOLEATE COPOLYMER, GLYCERYL CAPRYLATE, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, LEPTOSPERMUM SCOPARIUM (MANUKA) OIL, SODIUM HYALURONATE, ERYNGIUM MARITIMUM CALLUS CULTURE FILTRATE, [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE)].

Produkt nie zawiera talku, sztucznych substancji, jest idealny dla wegan.



Kosmetyk został zapakowany w wyjątkowo eleganckie, czarno-białe opakowanie. Zawiera ono 9 gramów produktu. Pudełeczko utrzymane jest w minimalistycznym, tak lubianym przeze mnie stylu. Opakowanie jest poręczne i zawiera lusterko, które jest świetnym rozwiązaniem, gdy nasza kosmetyczka ma ograniczoną ilośc miejsca. Opcja idealna na wyjazdy :)

Jak widzicie na powyższym zdjęciu, bronzer jest całkowicie matowy. Dzięki temu świetnie sprawdza się do konturowania twarzy. Wiele bronzerów mineralnych dostępnych na rynku posiada drobinki rozświetlające, przez co nie zawsze nadają się one do podkreślania rysów twarzy. Dodatkowo, często są dosyć pomarańczowe, pozbawione jakichkolwiek chłodnych tonów. Ten zbliżony jest do Bahama mama z The balm, ale jest troszkę cieplejszy, więc nie musicie obawiać się, że stworzy na Waszej twarzy szare plamy.
Jeśli obawiacie się, że odcień honolulu mógłby być dla Was zbyt ciemny, to może Was zainteresować wersja Miami beach.



Forma prasowana zdecydowanie ułatwia nabieranie produktu na pędzel - produkt nie pyli tak jak forma sypka, więc nie ma obaw o ubrudzenie ubrania. A przy tym idealnie się rozprowadza. Dzięki temu, że posiada średnią pigmentacją, nie ma obaw o jego łatwe rozcieranie. Dodatkowym plusem, który na pewno zadowoli laików makijażowych, jest fakt, że bardzo trudno zrobić sobie nim krzywdę, a wszelkie błędy bardzo łatwo skorygować za pomocą czystego pędzla.

Testowałam go już podczas wielu okazji i odkąd posiadam go w swojej kosmetyczce, wszystkie inne bronzery poszły w kąt! Ten zdeklasował konkurencję. Kocham produkty mineralne za to, że wyglądają naturalnie na twarzy, nie tworzą maski, nie wpływają na pogorszenie stanu skóry, a wręcz koją ją i leczą! Czy można chcieć więcej? :)



Jeśli tylko będziecie mieli okazję to zapraszam Was do odwiedzenia strony internetowej Costasy, a jeśli jesteście z Warszawy, to koniecznie odwiedźcie showroom i sklep stacjonarny przy ul. Ciołka 17 lok. 11 - tam uzyskacie fachową pomoc w doborze odpowiednich kosmetyków, a także będziecie mogli nabyć próbeczki produktów, które Was zainteresowały.

Już teraz zapowiadam Wam, że pojawią się kolejne wpisy na temat kosmetyków marki Lily lolo i już teraz serdecznie Was na nie zapraszam :)

poniedziałek, 24 lipca 2017

NAJLEPSZY TUSZ DO RZĘS JAKI KIEDYKOLWIEK MIAŁAM!

Czy to możliwe, aby posiadaczka beznadziejnie krótkich, podkręconych i rosnących kępkami rzęs mogła aż tak zachwycić się tuszem do rzęs? Do tej pory myślałam, że jest to niemożliwe - a jednak! :)


Up mascara marki Orphica to mój dar z niebios. Zapewne, gdy to czytacie to pukacie się po głowie i myślicie, że oszalałam! Otóż nie... jeszcze nie! :)

Już Wam wyjaśniam, w jaki sposób ten produkt trafił w moje ręce. Podczas Meet beauty i targów Beauty days, podeszłam do stanowiska marki Orphica i wzięłam udział w konkursie. Zadaniem było zrobienie sobie fotki w specjalnej ramce. Oczywiście ci, którzy mnie znają, wiedzą, że uwielbiam się wygłupiać i takim sposobem powstało to oto pamiętne zdjęcie:


Nie wiem jakim cudem moja szajba wzbudziła zainteresowanie marki. Jednak nie stwierdzono u mnie nagłej konieczności pojawienia się w szpitalu psychiatrycznym i uznano mnie (chyba) za osobę normalną :) Wygrałam konkurs - z czego bardzo się cieszę :)

A tak na serio - jeszcze raz dziękuję marce Orphica Polska za to, że wybraliście akurat mnie i że dzięki Wam miałam okazję wreszcie odkryć tusz, który jest wart swojej ceny w 100%.


Przyznam, że na początku nie byłam przekonana do tego produktu - ze względu na silikonową szczoteczkę. Takowe u mnie sprawdzają się dosyć słabo. W dodatku, producentów ogarnęła mania powiększania wszystkiego, co się da i tworzą szczotki giganty, którymi można co najwyżej odegrać taniec hula i wyłupać sobie nimi oko. Ta szczoteczka jest zupełnie inna - mniejsza i precyzyjna. Dzięki drobnym wypustkom radzi sobie nawet z rzęsami w kącikach wewnętrznych - a jak wiadomo tam włoski są najdrobniejsze i najtrudniej do nich dotrzeć.

Maskara posiada jeszcze jedną fantastyczną cechę, której próżno szukać wśród innych tego typu produktów. Aplikator nabiera idealną porcję tuszu i nie pojawiają się żadne grudki. Spokojnie można nałożyć 2-3 warstwy bez obaw o efekt pajęczych nóżek. A jak już wiecie moje rzęsy rosną kępkami i są mocno zakręcone, co dla wielu maskar tworzy barierę nie do przeskoczenia - sklejki murowane. W tym przypadku rzęsy są podkreślone, wydłużone i rozdzielone.

Up mascara nie rozmazuje się i nie tworzy efektu pandy - oczywiście, przy mocnym zmoczeniu rzęs może zacząć się rozpływać, ale nie jest to tusz wodoodporny.

Mam wrażenie, że jest to jeden z niewielu produktów do rzęs, który jednocześnie wpływa pozytywnie na ich jakość. Tusz zawiera ekstrakt z lipy srebrzystej, jedwab i lanolinę (weganie niestety nie będą z tego faktu zadowoleni), ale są to składniki działające pielęgnująco i ochronnie.



Podsumowując, tusz zaskoczył mnie i zachwycił do tego stopnia, że pojawił się na moim kanale w ulubieńcach.

Przetestowałam już wiele maskar i nawet te dwukrotnie droższe nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak Up mascara marki Orphica. Jeśli sprawdza się na moich kiepskich rzęsach to jestem pewna, że u Was sprawdzi się jeszcze lepiej!

poniedziałek, 3 lipca 2017

MAKIJAŻ DZIENNY IDEALNY NA UPAŁY

Ostatnio na blogu pojawiało się mniej makijaży, dlatego postanowiłam to nadrobić. Stworzyłam dla Was letnią propozycję, która świetnie sprawdza się podczas upałów. Makijaż na lato powinien być lekki aby zapobiec zapychaniu się skóry - minerały tworzą delikatną bazę. Sprawują się w tej roli idealnie!



W tym makijażu postanowiłam lekko podkreślić oczy, a dla równowagi nałożyłam pomadkę w ciemniejszym odcieniu nude. Na początku chciałam zrobić taki standardowy makijaż dzienny, ale postanowiłam wpleść do niego troszkę koloru - w końcu mamy lato za oknami!



 Lista produktów:
- podkład i korektor Amilie minerals


- puder i bronzer Earthnicity


- róż Mac frankly scarlet


- pomada do brwi i rozświetlacz Wibo


- baza pod cienie Smashbox


- cienie z palety Too faced sweet peach
- pigment Kobo
- tusz do rzęs Orphica


- konturówka do ust Wibo nude lips



Do zrobienia podstawowej kreski użyłam czekoladowego brązu, ale w letnim makijażu świetnie wyglądają różne kolory kresek - dlatego nie bójcie się eksperymentować! Natomiast pigmenty są produktami, które potrafią diametralnie zmienić look. Fajnie wyglądają również w wewnętrznym kąciku oka - świetnie odświeżają spojrzenie ;)


Ciekawa jestem jak wygląda Wasz letni makijaż - podzielcie się w komentarzach swoimi ulubionymi produktami ;)









Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka